Info X

PRZYPADEK I:
UCIECZKA I JEJ KONSEKWENCJE

2,5 kwintyliona bajtów (25³⁰) – tyle danych dziennie produkują użytkownicy sieci, to znaczy 3,7 miliarda ludzi przez 1440 minut. Wykrój z nich dwie minuty, czas potrzebny na umycie zębów. Stoisz nad umywalką, patrzysz w lustro, elektryczna szczoteczka masuje twoje uzębienie. Dokładnie w tym czasie ponad 8 mln ludzi zdążyło już odpalić Youtube’a, 6 mln korzysta z Google’a, kolejne 30 mln pisze wiadomości tekstowe, milion publikuje zdjęcia na Snapchatcie, tyle samo tweetuje. Myjesz zęby, a produkcja bajtów wre. Ty też dziś wyrobisz swoją normę, kompresując 1440 minut życia w 0,5 gigabajcie danych. Pewnie zastanawiasz się, po co ci to mówię. Słusznie, zapomniałam dodać, że w czasie kiedy poprawiałeś stan swojego uzębienia, Amazon przeprowadził transakcje o łącznej wartości 0,5 mln $. Wywracasz oczami, myśląc: litości, znowu to lewicowo – populistyczne bajdurzenie. Osobiście nie masz problemu z tym, że Amazon czy inna firma osiąga tak wysokie zyski, dzięki dobrze skrojonym algorytmom, które z morza pobieranych także od ciebie danych wyławiają informacje i właściwie je łączą. W efekcie powstaje przecież całkiem przydatny konglomerat powiązań klient – produkt. Algorytm niczym kelner przynosi ci ulubione danie, dzięki czemu ty nie musisz ślęczeć nad przydługim menu. Do tego sam decydujesz, czy z tej oferty w ogóle skorzystasz. Układ idealny – jeśli się nie podoba, nikt nikogo nie zmusza, by w nim tkwić.

Tak myślisz? Gdy Janet Vertesi, naukowczyni z Uniwersytetu Princeton, specjalizująca się w socjologii nauki i nowych technologiach, zaszła w ciążę, uznała, że to doskonała okazja, by przekonać się, czy pozostając użytkowniczką sieci, zdoła uchronić tę informację przed radarem nieludzkich poławiaczy danych. Rozpisane na dziewięć miesięcy zadanie okazało się dość uciążliwe. Wytropienie jednej ciężarnej kobiety jest w świecie marketingu spersonalizowanego warte tyle, ile zebranie danych na temat wieku, płci i aktualnego miejsca pobytu aż dwustu osób. W końcu kobieta ciężarna to inwestycja nie obarczona ryzykiem konsumpcyjnego lenistwa. Dlatego może ją zdradzić właściwie wszystko: gratulacje wysyłane w mediach społecznościowych, niechcący opublikowane zdjęcie z widocznym brzuchem, zakupy internetowe czy płatność kartą, nie mówiąc o wizytach na stronach poświęconych ciąży i rodzicielstwu. Jeden fałszywy ruch i co rano witają cię reklamy pieluch. Vertesi słusznie założyła, że w swój eksperyment musi też zaangażować rodzinę i przyjaciół, przecież w sieci jesteśmy także tym, co postują o nas inni. By pozyskiwać informacje o zdrowiu, diecie czy macierzyństwie, używała wyszukiwarki TOR, która aktywność pojedynczego użytkownika przepuszcza przez sieć rozsianych po świecie serwerów, czyniąc ją niemożliwą do wytropienia. Za zakupy jakkolwiek związane z jej stanem płaciła gotówką. By korzystać z Amazona, założyła nowe konto, a za realizowane transakcje płaciła wyłącznie bonami prezentowymi nabywanymi w sklepie za gotówkę. W relacjach z rodziną i znajomymi stała się ostrożniejsza. Ale antyspołeczność czy konieczność częstego wypłacania gotówki to niejedyna cena, jaką zapłaciła za zniknięcie z radarów algorytmów. W siódmym miesiącu ciąży postanowiła kupić upatrzony na Amazonie dziecięcy wózek. Wartość bonów przekroczyła jednak kwotę 500$. Sprzedawca w sklepie oznajmił, że transakcję zgłasza odpowiednim służbom. Kupno wózka uczyniło z niej osobę podejrzaną o działalność kryminalną. Nadal twierdzisz, że niewidzialność w sieci może być wyborem? Powodzenia! Algorytmy codziennie analizujące 0,5 gigabajta twojego życia nie są jedynie narzędziem napędzającym konsumpcję. Gdy zajdzie potrzeba, świetnie sprawdzą się też jako maszyna dyscyplinująca.